NAJNOWSZE

Hej!
Pamiętam, że z zajęć na charakteryzacji nie lubiłam najbardziej działań na brwiach. Zupełnie też nie miałam ochoty męczyć się z nimi prywatnie. Ba! Z regulacją też często było mi nie po drodze. Wraz ze zmianą na makijaż naturalny przyszła też chęć na eksperymenty i tak weszłam w posiadanie pierwszego kosmetyku do makijażu brwi.

Zestaw do brwi Lily Lolo uwiódł mnie swoim pięknym opakowaniem. Elegancja, dobra jakość i dbałość o szczegóły- większość luksusowych marek może się tylko uczyć! W środku znajduje się lusterko i dwie przegródki, z woskiem i cieniem.
Otwierając nasz zestaw nie musimy obawiać się, że uszkodzimy paznokieć ani, że opakowanie samo otworzy się w kosmetyczce. Technicznie wszystko jest idealne.
Zdecydowałam się na najaśniejszy kolor (Light). Sam odcień wydaje się zimny jednak na skórze oceniam go jako neutralny, każdemu powinien pasować. Plusem kosmetyku w formie cienia jest fakt, że możemy stopniować głębię koloru w zależności czy nakładamy cień na sucho czy na mokro.
Pracowałam na wielu kosmetykach i ten zestaw oceniam bardzo dobrze. Makijaż jest trwały a efekt konkretny ale naturalny. Docenią go doświadczone jak i początkujące dziewczyny. Dobrze zrobione brwi nadają twarzy wyrazu i są ramą dla oka. Ciągle słyszę komplementy, że lepiej wyglądam. Pluje sobie w brodę, że tak późno dołączyłam ten element do makijażu. A teraz kilka słów o pędzelku od Lily Lolo widocznym na zdjęciach- jest perfekcyjny! Znacznie ułatwia makijaż a efekt jest dużo lepszy niż przy użyciu innych, nawet super profesjonalnych.




Zestaw kosztuje 48.50zł i możecie go kupić <TUTAJ>.
Niewyspana.
Hej!
Dużo korektorów przewinęło się przez moją kosmetyczkę i z żadnego nigdy nie byłam zadowolona, nieważne czy był to produkt luksusowy czy zwyklak z drogeri. Nie liczyłam też na dużo kupując korektor od 100% pure. Wyszłam jednak z założenia, że jak stosować to coś naturalnego.
Opakowanie jak od klasycznego błyszczyka z gąbeczką na końcu aplikatora. Jest to wygodne rozwiązanie tylko na początku, nie ma możliwości by zużyć cały kosmetyk szczególnie, że sam korektor jest bardzo gęsty i nie spłynie nam na dół opakowania by "wygrzebać" go do końca. Można by też kręcić nosem nad sprawą higieny.
Super plusem jest skład. Naturalny i odżywczy, nie ma mowy o wysuszeniu delikatnej skóry wokół oczu. Mamy zieloną herbatę i kawe, olejek z dzikiej róży, wit A i C, ales i masę ekstraktów które pielęgnują i nadają kolor kosmetykowi. Żadnych sztucznych barwników!
Wybrałam najaśniejszy kolor Creme który rzeczywiście jest bardzo jasny. Krycie jest dobre, jednak nie wiem jak by sobie poradził z dużymi cieniami pod oczami (bo takich nie mam). Korektor dobrze wygląda wklepany palcami ale jeszcze lepiej gdy użyjemy do tego mokrej gąbeczki- uzyskujemy wtedy super naturalny efekt! Kosmetyk naprawdę rozświetla, nie wchodzi w zmarszczki i ich nie podkreśla, nie podrażnia i nie wysusza delikatnej skóry w okolicach oczu. Kolejnym plusem jest trwałość, trzyma się naprawdę długo i nie potrzeba żadnych poprawek w ciągu dnia. Jestem nim naprawdę zachwycona i nie ulega wątpliwości, że kupię go ponownie.

Niewyspana.
Hej.
Nie lubię kupować kosmetyków kolorowych przez internet. Bo kiedy kiepski krem mogę wsmarować w pięty to z nietrafionym podkładem czy cieniem nie ma co zrobić. Niestety, przy naturalnej kolorówce nie mamy innego wyboru niż zaryzykować i kupić coś w ciemno. Dziś mały przykład jak kończą się takie zakupy. Oto róż, drogie panie!
Opakowanie jest naprawdę urocze, biżuteryjne. Spodziewałam się, że będzie cięższe i jak się okazało, mój róż nie ma lusterka w zakrętce! Puder tak samo! Co jest u diabła?! Przejrzałam dużo recenzji tych kosmetyków i każdy egzemplarz miał lusterko. To nie koniec wielkich rozczarowań, kolor zupełnie nie przypomina tego na stronie! Jest dużoooo ciemniejszy i... nawet obok koloru brzoskwioniowego nie leżał! Zerknijcie jaki kolor obiecuje nam producent <klik> a teraz porównajcie z tym na moich zdjęciach. Zaznaczę, że nie przerabiam zdjęci i nie używam żadnych filtrów i kolor różu jest wręcz identyczny z kolorem rzeczywistym. Technicznie sam róż jest naprawdę mocno napigmentowany, zawiera w sobie malutkie błyszczące drobinki.
W takim wypadku zupełnie nie interesuje mnie piękny naturalny skład. 100% pure- super, że barwicie to owocowymi pigmentami ale cholera, nauczycie się rozpoznawać i nazywać kolory!
Naprawdę, bardzo się staram przejść na naturalną kolorówke, jednak co produkt to kolejne rozczarowanie. Wina leży całkowicie po stronie producenta, zakłamane zdjęcia sprawiają, że nie mam już ochoty na kolejne ryzyko z doborem koloru. Dopiero teraz widzę, że nie ja jedna czuję się lekko oszukana kolorystyką róży. Cenowo nie jest to produkt który poprostu można rzucić w kąt. Mam zamiar skontaktować się z obsługą klienta i poprosić o rzeczywiste zdjęcia bo róż jest na tyle dobry, że chętnie kupię nawet nie jeden a kilka do kolekcji. Byle już bez rozczarowań, proszę....
Niewyspana.
Doberek.
Pisałam już o moim ulubionym kremie na dzień od 100% pure, teraz czas na ulubieńca w pielęgnacji wieczornej.
Opakowanie to tubka z pompką, wszystko klasycznie zamknięte w tekturowe tubie. Pompka działa sprawnie, jednak pod koniec produktu trzeba rozciąć opakowanie żeby wydobyć resztkę kosmetyku. Zatyczka jest zabezpieczona folią wiec mamy pewność, że nikt naszego produktu przed nami nie używał. Produkt nie był testowany na zwierzętach i jest 100% wegański. 
100% pure więc skład mamy śliczny, bogaty i naturalny. Wysoko w składzie mamy tytułową witaminę A (retinol) i koenzym Q10. Na samym początku mamy olejek różany, sok aloesowy i wodę różaną. Do tego odżywcze masło avokado, witaminę C i E. 
Od kremu na noc wymagam więcej niż od tego na dzień, musi działać mocno przeciwstarzeniowo i łagodzić stany zapalne, nie może natomiast zbyt natłuszczać skóry, zapychać porów i nasilać zmian trądzikowych. Jak sprawdził się ten krem? Idealnie! Mimo dość ciężkiej, kremowej konsystencji nic a nic nie zapychał, ba, w czasie jego używania trądzik był dużo słabszy! Ślicznie nawilża i mimo witaminy A, skóra łuszczyła się bardzo rzadko (tylko w Lublinie gdzie woda jest bardzo twarda, przy warszawskiej wodzie łuszczenia nie zauważyłam). Kondycja skóry bardzo się poprawiła, koloryt mimo trądziku wyrównany a zmarszczki mniej widoczne, szczególnie te na czole. Kremu używamy TYLKO wieczorem, więc tubka starcza na naprawdę długo. Kiedy skończą się zapasy na pewno do niego wrócę. 

Niewyspana.
Hej!
Co sprawia, że kosmetyki Lush są takie wyjątkowe? Słaba dostępność, filozofia firmy czy może fikuśne plastikowe słoiczki? A może wyjątkowe naturalne ślady? Cóż, skład odżywki o której będzie dziś mowa na pewno należy do wyjątkowych i to nie w pozytywnym sensie.
Technicznie mamy typowy duży, czarny słoik z charakterystyczną szatą graficzną. Bardzo lubię estetykę lushowych produktów. Sama odżywka jest średnio gęsta, zapach bardzo ciężko mi opisać, ani piękny ani jakiś okropny.
No i czas na skład. Podczas zakupów w Lushu jestem tak podekscytowana (a może raczej kompletnie głupieje), że biorę co popadnie, nie ma mowy o jakiś wnikliwym analizowaniu składu. Nie ma w tym masła shea? To biere, a co! Co mamy w tym słoiczku? Czerwona alga, olej sojowy i na trzecim miejscu cetearyl alcohol i SODIUM LAURYL SULFATE!!! Co u licha robi ten detergent (nie mile widziany nawet w szamponach) w odżywce?! Tak wysoko w składzie! Mało tego, ten piekielnik jest w prawie każdym Lushowym produkcie do włosów! Nie boję się SLS w szamponach bo na głowie znajduje się KRÓTKO, jednak odżywkę lubię potrzymać trochę dłużej... 
No i jak może działać taka odżywka? Cóż, włosy bardzo ładnie się rozczesują, są błyszczące i nawet 
całkiem miłe w dotyku jednak są zbyt lekkie i fryzura całkowicie traci kształt a włosy wydają się dużo cieńsze niż w rzeczywistości. Znalazłam jednak na nią sposób (szkoda, że dopiero pod koniec zawartości), używam co drugie mycie zamiast klasycznego szamponu (przejaw geniuszu, no naprawdę...), wcieram w mokre włosy i skalp, masuje i zostawiam na 10-15 min, po spłukaniu nakładam inna odżywkę i włala. Nie jest to jednak produkt zły, zaliczam go jednak do tych średnich w działaniu.

Niewyspana
Hej!
Mam dziś dla Was zaległe śmieci. Nie nazbierało się tego dużo ale jest kilka kosmetyków do których bardzo chętnie wróce. Zaprszam.
Twarz:
-Maseczki Khadi (vetiver i neem). Obie fantastyczne, dobrze oczyszczały, wypryski znikały szybciej i ilość zaskórników była mniejsza. Na pewno do nich wrócę.
-bio baza od Natura Siberica. Pisałam o zestawie tutaj. Fajny produkt o fajnym składzie, nie robi krzywdy trądzikowej skórze. Kupię ponownie.
-Tonik rozjaśniający 100 % pure. Pisałam o nim tutaj. Kupię ponownie.
-Woda różana Khadi. Bardzo wydajna, zapach przyjemny, działanie dobre. Nie wiem czy do niej wrócę.
-Purity facial cleanser and mask (100% pure). Będzie recenzja, produkt skończył się szybko ale jestem zadowolona. Może kupię ponownie.
-Almond scrub. Meh, nic specjalnego. Sprawdzi się tylko przy skórze suchej.
-Flower power (Uoga uoga). Przyjemniaczek o którym pisałam tutaj. Pod koniec stosowałam go na włosy i też sprawdził się świetnie. Chętnie kupię na promocji.
-moon dew (Uoga uoga). Mój hit! Dostałam w prezencie od Pani Emilii z PlantsForBeauty. Fantastycznie radzi sobie z każdym makijażem, nie podrażnia, nie zapycha, zostawia skórę nawilżoną i gładką. Wrócę na pewno.
Włosy:
-Khadi szampon shikakai i miód. Porażka. Rzeczywisty skład nie ma nic wspólnego z tym na opakowaniu. Jedynym plusem jest piękny zapach i dobrze umyte włosy. Tylko do mocnego oczyszczania ale nie za taka cene.
-Khadi odżywka shikakai i miód. Całkiem niezła. Śliczny zapach za którym już bardzo tęsknie. Może kupię ponownie kiedy pozbęde się farbowanych końcówek.
-Hair mud mask (l'orient). Kolejna porażka. Wzmożone wypadanie włosów którego nie mogę powstrzymać do dziś. Skład średnio naturalny. Nawet nie spojrzę już w kierunku tej maski.
-Alba botanica odżywka do włosów farbowanych. HIT! Piękne, odciążone i błyszczące włosy mam tylko po niej. Bardzo wydajna. Na pewno do niej wrócę ( i napisze coś więcej) kiedy zmniejszą się włosowe zapasy (za rok? XD).
Włosy:
-Khadi amla w proszku. Moje odrosty pokochał amle. Mniej wypadały i były niesamowicie błyszczące. Kupię ponownie kiedy odrosty będą stanowiły większość włosów.
-Natura Siberica olejowe serum na końcówki. Lubię kiedy silikonowe sera mają w składzie jeszcze odżywcze olejki. Bardzo dobrze wspominam ten kosmetyk, wygładzał włosy a końcówki mniej się rozdwajały. Kupię ponownie.
-NV maska aloesowa. Klasyk, jednak farbowane końcówki się z maską nie polubiły. Może kiedyś do niej wrócę.
-odżywka do włosów suchych Uoga uoga. Na początku była dla mnie hitem, potem przez olej kokosowy wysoko w składzie musiałam robić przerwy bo cała zabawa kończyła się strasznym puchem. Będzie recenzja.
Ciało:
-Clochee peeling truskawkowy. Pisałam o nim tutaj.
-różany żel pod prysznic BIOTURM. Wygrałam w urodzinowym konkursie u Anuli. Zapach nie powalał jednak sam żel wspominam dobrze. Jeśli gdzieś dorwe to zakupie.
-perfumowany balsam L'occitane. Meh, nic specjalnego 
Niewyspana. 
Dobry. 
Krem pod oczy jest w mojej kosmetyczce najważniejszym kosmetykiem. Musi mocno nawilżać, wygładzać i działać przeciw starzeniowo. Nie ma mowy o półśrodkach bo moja skóra w tych okolicach...cóż, pozostawia wiele do życzenia. Niestety lata zaniedbań zrobiły swoje. Jak cofnąć czas?
Postawiłam na moją ulubioną teraz markę 100% pure i jej krem "super owoce". Kiedy przyszła paczka byłam w nie małym szoku co do rozmiarów słoiczka w stosunku do ceny (mój błąd, nie sprawdziłam na stronie). Słoiczek z białego, grubego szkła i z zakrętka z tłoczoną nazwą firmy na wierzchu wygląda estetycznie i poprostu ładnie. Przez swoje rozmiary może kojarzyć się z balsamem do ust. Jak 100% pure ma w zwyczaju, całość ładuje do kartonowej tubki (tu akurat małej i krótkiej więc tubą ciężko to nazwać :D). Przy tym całym interesie bardzo brakuje szpatułki.
Skład marzenie, mamy mieszankę najbardziej anty-starzeniowych owoców! Bazą jest masło awokado i shea co mocno wpływa na konsystencję (na pewno nie kremową), dalej mamy olej z granatu, olej z acai, witamina E, jagody maqui, znów granat, owoce goji, owoce acai, acerola... plus witamina C i A. Taka mieszanka tworzy charakterystyczny dla całej serii zapach który bardzo ciężko mi opisać, jest jednak bardzo przyjemny, taki trochę słodko/owocowo/rześki z nutą goryczy.
Nie żałuję sobie kremu na noc, z drugiej strony ciężko być oszczędnym przy takiej tępej konsystencji. Dość wolno się wchłania jak to bywa przy bardzo treściwych kremach. Wydajność jest niezła, ciągle myślę, że czas na nowy krem a ten starcza na kolejny miesiąc i kolejny. Rano budzę się z mocno wygładzoną skóra, zmarszczki są dużo mniej widoczne a spojrzenie zyskuje młodzieńczą świeżość (czyli wyglądam wreszcie na swój wiek) nawet po nieprzespanej nocy. Jeśli daruję sobie makijaż efekt utrzymuje się aż do wieczora. Czy warto inwestować? Efekty widzę po porównaniu obecnego stanu ze zdjęciami z 2009 i... jest lepiej! Bonusem są super wzmocnione rzęsy które przestały wypadać, udało się też zagęścić brwi. Mam kilka pozycji na chciejliście ale do kremu wrócę w okresie zimowym. Cena to 129zł za 10g. Zainteresowanych odsyłam tutaj; http://plantsforbeauty.pl/super-owocowy-balsam-pod-oczy-100-pure-p-202.html

Niewyspana.
Hej!
Urodowy problem palacza numer jeden? Szara skóra pozbawiona blasku. Zdecydowanie bliższe są mi azjatyckie ideały piękna więc zamiast inwestować w brokatowe pudry i arsenał rozświetlaczy postawiłam na pielęgnację. Było już o toniku do zadań specjalnych, teraz czas na pierwszy etap rozświetlającej pielęgnacji.
Solidne, plastikowe opakowanie z pompką. Szata graficzna typowa dla marki jednak całość bardzo dobrze się prezentuje. Pompka się nie zacina, naklejka nie odpada po kontakcie z wodą a gruby plastik nie pęka przy upadku. Sama piana jest puszysta i nie znika od razu po kontakcie ze skórą.
Skład śliczny i naturalny. Żadnej chemii czy mocnych detergentów. Sok aloesowy i woda różana łagodzą i nawilżają. Mamy też sok z truskawki, cytryny, delikatne kwasy owocowe, sake, kwas kojowy i witamine C.
Pianka pięknie oczyszcza skórę, czy to z resztek makijażu czy poprostu z brudu całego dnia lub nocy. Nic nie podrażnia i po umyciu nie ma efektu ściągania. Skóra dodatkowo jest pięknie rozświetlona i pełna blasku nawet po źle przespanej nocy. By spotęgować efekt często zostawiłam piankę chwilę dłużej na twarzy. Kolejnym plusem jest niesamowita wydajność. Wystarczą dwie/trzy pompki by dokładnie umyć twarz, 177ml produktu starcza na naprawdę długo (na zużycie jednej "pianki" przypadają ponad dwa toniki). Przebarwienia trądzikowe znikają dużo szybciej.
Seria rozjaśniająca od 100% pure jest fenomenalna! Pianka, tonik i maska to moje hity pielęgnacyjne które nigdy mnie nie zawiodły, świetnie sprawdzają się przy każdym typie cery.
Piankę i inne produkty 100% pure możecie kupić na stronie: http://plantsforbeauty.pl/

Niewyspana.